Życie w aucie? Zobaczcie jak urządziliśmy się w naszej Toyocie!

Azję przejechaliśmy z plecakiem. Wszystko było łatwe: spanie w hotelach, jedzenie w restauracjach, przemieszczanie się publicznym transportem. Podobał nam się ten styl podróżowania, ale czuliśmy się lekko ograniczeni, zależni od sklepów, hoteli, restauracji czy rozkładu autobusów. Czasem ciężko było znaleźć miejsce na nocleg, a hotele, choć tanie, były brudne, o niskim standardzie. Dlatego wpadliśmy na pomysł zakupu auta, które dawałoby nam pewną niezależność. Taki swój kawałek podłogi… na kółkach. Namiastka domu, nasz własny „kąt”, do którego możemy wrzucić zapasy na 2 tygodnie, położyć się na własnym łóżku we własnej pościeli, ugotować to, na co mamy akurat ochotę i najważniejsze: uciec od tłumów w miejsca mniej turystyczne.

 

W Australii kupiliśmy Mercedesa S124. Na noc przekładaliśmy wszystkie bagaże do przodu, z tyłu kładliśmy materac i mieliśmy całkiem wygodne łóżko.

 

W Nowej Zelandii było trochę ciężej. Za nic w świecie nie mogliśmy znaleźć merca – kombiaka, więc zadowoliliśmy się sedanem. Spaliśmy raz w namiocie, raz w… aucie. Ale jak, spanie w sedanie?! – spytacie. Odpowiadamy: wyciągnęliśmy tylne siedzenia, przednie kładliśmy, na to wszystko materac dmuchany i dało radę się wyspać. Da się? Da się! 🙂

 

Tu, w Ameryce Południowej przy zakupie auta wiedzieliśmy już, że będziemy podróżować nim o wiele dłużej niż w poprzednich krajach i nie zadowoliliśmy się półśrodkami. Zatem:

 

Jak/gdzie śpimy podróżując po Ameryce Południowej?

 

Kupiliśmy Toyotę 4Runner – 4×4 to jedyna słuszna opcja na bezkresne wertepy kontynentu. Z tyłu auta mamy platformę do spania. Pod nią znajdują się szafeczki, a nasze rzeczy są posegregowane w pudełkach. Czarek dorobił też rozkładane stoliki (drzwiczki do szafek z podpórką na zderzaku), a na dachu mamy panel słoneczny podłączony do 100 Ah akumulatora, który umocowaliśmy z tyłu auta, pod platformą. Tuż obok znajduje się również zabezpieczenie przed kradzieżą auta – odcięcie pompy paliwa, które włączamy zawsze, gdy wychodzimy z auta na dłużej. W Peru spodziewamy się gości, więc musieliśmy zostawić tylne siedzenia – składają się na płasko, zatem łatwo „wkomponowaliśmy” je w platformę.

 

A jak się myjemy?

Dokupiliśmy specjalny namiot na prysznic. Ochrania nas od wiatru i zimna. Wody mamy pod dostatkiem, nigdy nie było z tym problemu. Tankujemy baniaki na stacjach paliw lub po prostu korzystamy z górskich potoków czy gorących źródeł (wtedy jest łatwiej, nawet nie musimy podgrzewać wody na kuchence). Mamy też prysznic solarny – czarny worek ze słuchawką jak do prawdziwego prysznica. Napełnia się go wodą, kładzie na dachu i po paru godzinach ciepła woda na prysznic gotowa. Większy z niego pożytek był w Australii (tyyyyle słońca!). Tu, jak na razie, leży zapomniany z tyłu auta. Jest za zimno, więc czeka na swoją kolej do Ekwadoru czy Kolumbii. Teraz musi nam wystarczyć wiaderko i polewaczka. 😀

 

Kuchnię też mamy!

Tzn. nie do końca „kuchnię” w konkretnym tego słowa znaczeniu, ale jest! Kupiliśmy kuchenkę gazową, ale właśnie zamierzamy zamienić ją na 5-kilogramową butlę gazową i nakręcany na nią palnik –  małe butle gazowe do kuchenki wychodzą drożej i poza Chile trudno je zdobyć. Mamy pełny zestaw garnków i naczyń. Lodówki brakuje, ale tak naprawdę lodówki potrzebowalibyśmy tylko do przechowywania sera, bo mięsa nie jemy. Dotychczas obyło się bez, bo jak wiecie, temperatury w Chile czy Boliwii nas nie rozpieszczały.

 

Teraz już widzicie, że nazywanie naszego autka „domem” nie było przesadzone!  😛  Dzięki naszemu małemu camperowi 4×4 wyprawa po Ameryce Południowej nie jest już tak dużym wydatkiem. 95% nocy śpimy za darmo i gotujemy sobie sami. Ok, od czasu do czasu pozwalamy sobie na „mały luksus”, idziemy na noc do dobrego hotelu żeby docenić miękkość łóżka czy próbujemy lokalnych specjałów w restauracjach – nie popadamy w skrajności! 🙂

 

I co, podoba się Wam nasz domek na kółkach? 🙂

 
 
 

UPDATE po skończonym road tripie po Ameryce Południowej

Już po opublikowaniu tego posta zrobiliśmy jeszcze kilka innych udogodnień w aucie. Z tyłu, nad stolikami przymocowaliśmy lampki LED. Czarek wpadł również na pomysł zamontowania dwóch terminali (plus/minus) do podłączania pompki do kół. Zarówno lampki jak i terminal były podpięte do naszego zapasowego akumulatora.
 
Jako że często nasze trasy off-roadowe kończyliśmy już po zmroku, dokupiliśmy również halogeny, które wylądowały na przednim zderzaku.
 
Generalnie byliśmy bardzo zadowoleni z naszego 4Runnera. Spisywał się świetnie zarówno na autostradach, jak i na trasach 4×4. Po kilku miesiącach życia w aucie wiedzieliśmy też co zrobiliśmy nie tak (np. zbyt wysoka, zbyt ciężka platforma) i nauczeni na błędach stworzyliśmy nową, lepszą wersję overlandowego auta – o naszym Land Cruiserze przerobionym na kampera możecie poczytać tutaj: Życie w aucie? Zobaczcie jak przerobiliśmy naszą Toyotę na kampera 4×4! – Road trip po USA i Kanadzie.