Bombaj – nasze pierwsze chwile w Indiach

Bombaj, czyli prawie 13 milionowe miasto w Indiach. Nasze pierwsze chwile w podróży dookoła świata. Tak to się zaczęło…

 

Do Bombaju przylecieliśmy o 5 rano. Lotnisko Chhatrapati Shivaji jest jednym z najpiękniejszych jakie widzieliśmy w życiu. Byliśmy miło zaskoczeni. Poczekaliśmy chwilę do świtu i ok.7 wzięliśmy przedpłaconą taksówkę do hotelu. Gdy tylko wyjechaliśmy poza granice lotniska zobaczyliśmy to, czym Indie są naprawdę i to, o czym słyszeliśmy od innych podróżników. Niesamowity brud naokoło, śmieci walające się po prostu wszędzie. Ludzie, a nawet całe rodziny z malutkimi dziećmi śpiące na chodnikach, wałęsające się bezpańskie psy oraz totalny chaos na drodze. Nasza podróż z lotniska na południe Bombaju trwała 40 minut. Wyobraźcie sobie sytuację: wsiadacie do taxi , która prawdopodobnie jest niesprawna, bo pan kierowca ciągle trzyma nogę na gazie żeby auto nie zgasło. Nie macie jak zapiąć pasów, bo ich tam po prostu nie ma. Wyjeżdżacie rozklekotaną taksówką na autostradę z trzema pasami, na których jedzie w rzędzie 6 pojazdów i jeszcze próbują się wyprzedzać. Pan kierowca w ogóle nie patrzy w lusterka, tylko wciska się pomiędzy inne auta i ciężarówki. Żeby ich uprzedzić, trąbi. W ogóle wszyscy trąbią jak najęci przy wykonywaniu jakiegokolwiek manewru. Rozgrzany do czerwoności klakson zastępuje im kierunkowskazy. Kierowca omijając ciężarówkę prawie wjeżdża w grupkę ludzi niosących… drzewo. Prawdziwie, wielkie drzewo z gałęziami, liśćmi o długości ok.10 m na autostradzie!! Dojeżdżamy do pierwszego skrzyżowania, a tu czerwone światło. Wszędzie takie światło oznacza stop, ale nasz kierowca najwyraźniej ma to gdzieś, wciska klakson i jedzie manewrując między rikszami, samochodami i motocyklistami. Każdy na siebie trąbi, ale jakimś cudem przejeżdżamy bezkolizyjnie. Kierowca przecież nie mógłby się zatrzymać, bo auto zgasłoby i już byśmy nie ruszyli… Dlatego wszystkie kolejne skrzyżowania przejeżdżamy w ten sam sposób. Ania prawie zgniotła Czarkowi rękę z nerwów. Jechaliśmy 27 km, a emocje większe niż w wesołym miasteczku!

Kolejne dni spędziliśmy na włóczeniu się po okolicy i uczeniu się Indii, np. jak przejść przez ulicę, co nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Zielone czy czerwone światło, auta zawsze jadą tak, jak wspomniany wyżej kierowca taxi. Żeby przejść na drugą stronę trzeba zebrać w sobie odwagę i po prostu wciskać się w nawet najmniejszą lukę między autami, motocyklami i rikszami, nauczyliśmy się od miejscowych. 😉

 

Po zwalczeniu problemów związanych z różnicą czasu (+4.5h) i ogarnięciu przez organizm kiedy jest dzień, a kiedy noc, wybraliśmy się na północ Bombaju do parku Sanjay Gandhi National Park.
Najtańszą i najlepszą opcją dostania się do parku był pociąg miejski (odpowiedni polskiej SKMki). Bilety w dwie strony w klasie 2. kosztowały tylko 30 rupii od osoby (ok.1,5 zł) za 53 km. Klasa pierwsza od drugiej różni się tylko ceną, a wygląda identycznie. Zauważyliśmy też specjalne wagony tylko dla kobiet, inwalidów i ludzi z rakiem (naprawdę!?). Mieliśmy w głowie wizję kolei indyjskich opóźnionych i przepełnionych. Nasz pociąg był na czas, a my wsiedliśmy do prawie pustego wagonu! Usiedliśmy spokojnie i zaczęliśmy wychwalać koleje w Indiach, ale sielanka trwała krótko. Na kolejnej stacji wlało się, dosłownie wlało(!) w ciągu kilku sekund chyba po setce Hindusów do każdego wagonu, a ci którzy nie dali rady, czekali na kolejny pociąg. Musieli to zrobić szybko, bo pociąg nie zatrzymuje się na długo. Na kolejnych stacjach tylko ich przybywało, a nie było już miejsc stojących, a co dopiero siedzących! Wystawali z otwartych drzwi i gdyby nie kraty w oknach, to pociąg wyglądałby jak stonoga. Martwiliśmy się jak wysiądziemy i czy w ogóle damy radę wysiąść. Na szczęście nasza stacja Borivali była ostatnią stacją pociągu, więc jakoś się stamtąd wydostaliśmy 🙂

Tak wyglądał pociąg jak wsiadaliśmy na stacji Grand Station:

Pociąg miejski w Bombaju
Pociąg miejski w Bombaju

 

A tu widać pociąg, do którego nie daliśmy rady wsiąść w drodze powrotnej z parku:

 

Ze stacji do parku chcieliśmy wziąć rikszę. Zaczęliśmy targować się o cenę ( zbijanie początkowej ceny jest tu standardem). Pomógł nam miejscowy, który znał trochę angielski i powiedział nam ile naprawdę kosztują tu riksze. Cena końcowa była o połowę mniejsza od początkowej. Riksiarz akceptując cenę, zamiast kiwać głową góra-dół, kręcił głową znak nieskończoności, co znaczy tutaj „tak”. Czasami nie możemy powstrzymać się od śmiechu kiedy rozmawiamy z kilkoma Hindusami na raz i wszyscy kręcą dziwnie głowami 🙂

Park Sanjay Gandhi jest raczej mało popularny wśród zagranicznych turystów. Zdecydowanie więcej tam Hindusów. My chcieliśmy wyrwać się z zatłoczonego głośnego miasta, nie siedzieliśmy tam, gdzie wszyscy – na Colabie. W końcu mogliśmy pooddychać świeżym powietrzem bez spalin. W parku można poruszać się tylko wyznaczonymi szlakami, kolejką, jedną asfaltową drogą pieszo/rowerem albo busem na safari z lwami i tygrysami. Wszystkie safari odrzuciliśmy z miejsca, bo jaka to atrakcja oglądać z busa zwierzęta w wielkich klatkach, jeszcze za to płacąc? Na kolejkę po parku prawie się skusiliśmy, ale w ostatniej chwili pan wysiadający z niej powiedział, że nie warto, więc zrezygnowaliśmy. Pochodziliśmy więc trochę po parku, a później wzięliśmy taksówkę do jaskiń Kanheri – wg nas miejsce warte zobaczenia i polecenia. Jedyna zastanawiająca rzecz przy wejściu, opłata za wstęp. 5 rupii dla Hindusów, 100 rupii dla obcokrajowców?! Rzecz nie do zaakaceptowania w Europie…

 

Cennik w jaskiniach Kanheri
Cennik w jaskiniach Kanheri

 

„Kanheri” znaczy „czarne wzgórze”. 109 jaskiń wyżłobionych w bazalcie było miejscem zamieszkania miejscowej ludności. Nie wiadomo kiedy dokładnie były zbudowane, datuje się je między 1 wiekiem p.n.e. a 10 wiekiem n.e. Znajduje się tam wiele jaskiń z wizerunkiem Buddy.

 

W niedzielę rano 8 marca wsiedliśmy do pociągu Koyna Express, który zawiózł nas do Satara. Nie było to miasto docelowe, raczej przystanek w drodze do Mahabaleshwar.

 

konya express
Konya Express – nasz pociąg na trasie Bombaj-Satara

 

 

pociagi indyjskie
Tak wygląda w środku pociąg dalekobieżny (klasa c1, car chair air-con, czyli taka polska osobówka z klimatyzacją)

 

Konya Express
Napis na siedzeniach 😀

 

Dworce kolejowe w Indiach znajdują się przeważnie w znacznej odległości od miasta. Nasz dworzec był ok. 7 km od centrum. Zanim tam dotarliśmy była już późna godzina, więc stwierdziliśmy, że nie kontynuujemy drogi, lecz zatrzymamy się w Satara na noc. Nie ma co pisać o tym mieście, nie jest warte uwagi. Zanieczyszczenie powietrza spalinami z riksz, taksówek i motocykli jest tam tak wysokie, że naprawdę nie miało się czym oddychać. Ludzie nosili chusty na twarzach żeby chodź trochę ochronić swoje płuca. My dostawaliśmy aż ataków kaszlu, bo nie byliśmy przyzwyczajeni do takiego smogu. Jedna noc spędzona w tym mieście wykończyła nas, chcieliśmy jak najszybciej się wydostać. Niestety następnego dnia rano musieliśmy wypłacić gotówkę z bankomatu, a żaden nie akceptował naszych kart! W niektórych działała tylko indyjska Visa, a w innych tylko RuPay (domyślamy się, że to jakiś indyjski rodzaj karty). Sprawdziliśmy wszystkie bankomaty w Satara chodząc z ciężkimi plecakami w 35 stopniowym upale. Zostaliśmy z 220 rupiami (ok. 12 zł) w kieszeni i z wielkim pragnieniem opuszczenia miasta. Raz się żyje – wsiedliśmy do autobusu do Mahabaleshwar wydając kolejne 114 rupii z naszego „budżetu”. Pojechaliśmy tam z informacją, że jest to małe, górskie miasteczko na wysokości 1353m i niekoniecznie muszą tam być banki… Jak sobie poradziliśmy w Mahabaleshwar i co tu się dzieje napiszemy niedługo 🙂

A tymczasem filmik z autobusu, trochę trzęsło:

 

 

Podobał Ci się post? Podaj dalej! ↓ 😉

2 Odpowiedzi

  1. Justyna

    Hej Podróżnicy! Bardzo się ubawiłam czytając wpis, chociaż wiem, że Wam czasami nie było do śmiechu – jazda z taksówkarzem ;-). „Ania prawie zgniotła Czarkowi rękę z nerwów” potrafię sobie to wyobrazić – Ania często ściskała rękę w „nerwowoych” sytuacjach albo wgryzała się w plecy ze śmechu podczas lekcji w liceum hehe ;-). Piękne zdjęcia, a ja mam nadzieję, że udało Wam się znaleźć bankomat (dopiero będę czytać kolejne posty, więc jeszcze tyle nie wiem!). Przy śniadaniu nadrabiam zaległości z Waszej podróży. Pozdrawiam i czytam dalej. 🙂

    • dulo&charlie

      Justa, jaki wierny czytelnik!;) Tutaj ludzie tak szaleją na drogach, że za każdym razem boimy się jeździć. Ostatnio wynajmujemy skuter na Goa i sami poruszamy się po drogach. Już się trochę przyzwyczailiśmy, ale dalej mamy stracha 😉