Kochin – witamy w Kerali

Portugalska pozostałość w Indiach. Kochin to miasto łatwe w obsłudze, przyjemniejsze niż reszta Indii, czystsze. Miejsce jest dobrą furtką do poznawania tej całej zwiariowanej, indyjskiej rzeczywistości, polecane osobom wybierającym się po raz pierwszy do Indii – by subtelnie, krok po kroku nauczyć się egzystować w kraju chaosu.

 

Chaos na wstępie

Na naszej mapce w telefonie mieliśmy zaznaczone miejsca na nocleg, więc sprawdziliśmy kilka aż w końcu zostaliśmy w jednym, który wydawał się schludny, a cena nie była zbyt wygórowana. Hotel miał w nazwie angielskie imię, więc byliśmy przekonani, że jest to własność Europejczyka, co tłumaczyłoby inny styl udekorowania pokoi i recepcji. Była tam również możliwość wymeldowania po 24 godzinach od przyjazdu (opcja popularna w Indiach, tzw. 24h check-in).

Do hotelu dotarliśmy wcześniej rano, po całonocnej jeździe pociągiem z Udupi. Wstaliśmy po 3 godzinach drzemki i zeszliśmy na dół z chęcią poznania właściciela. Okazało się jednak, że myliliśmy się. Właściciel był Hindusem, który nazwał swój hotel „po europejsku” chyba żeby zachęcić zagranicznych turystów… Na dodatek był bardzo niemiły. Najwidoczniej nie podobał mu się system 24-godzinny w naszym przypadku, bo jakby nie patrzeć, spaliśmy tam 2 razy, a płaciliśmy jak za jedną noc. Krzyczał na recepcjonistę, nic nie rozumieliśmy, ale ewidentnie ich rozmowa nas dotyczyła. Zauważyliśmy też karteczkę, na której było napisane, że ceny noclegu w tym hotelu opisane w przewodniku Lonely Planet są zaniżone i że wydawnictwo popełniło błąd. Zaciekawieni sprawdziliśmy książkę i faktycznie, ceny były tam niższe o ponad 300 rupii! Chyba nie wierzycie w to, że Lonely Planet, największe i najrzetelniejsze wydawnictwo podróżnicze zrobiłoby taki błąd i to w dwóch wydaniach z różnych lat? Patrząc na właściciela można było wyczuć jego cwaniactwo. Nasza wersja jest taka, że ceny były niższe, ale po pojawieniu się w mediach, drastycznie podskoczyły w górę – bo przecież ludzie czytają ten przewodnik i jak już wezmą taxi do hotelu to już tam zostaną, nawet jeśli cena będzie trochę wyższa… Później sprawdziliśmy w mieście inne hotele i ceny były dużo mniejsze za ten sam standard, ale nie było sensu się przenosić, bo chcieliśmy tam zostać tylko na jeden dzień, a poza tym opłaciliśmy już pokój…

 

Promem do Kochin

Nasz hotel znajdował się w Ernakulam. Jest to miasto oddzielone rozlewiskiem od Kochin i tylko tam dojeżdżają dalekobieżne pociągi. Zeby się przedostać do Kochin musieliśmy wsiąść na prom. Państwowe promy przewożą tysiące ludzi dziennie i odpływają stąd co 30 minut do różnych części miasta. My chcieliśmy dostać się do Fortu Kochin. Do kasy biletowej były dwie kolejki: jedna dla kobiet – krótka, druga dla mężczyzn – nie było widać końca. Pan z kasy siedział w środku i czytał gazetę. Otwierał tylko na 5-10 minut tuż przed promem. Gdy Ania stała w kolejce po bilety, do Czarka podszedł jakiś miejscowy i z uśmiechem postanowił zaoferować mu biznes życia: 2 bilety do Fortu za 420 rupii każdy. Czarek nie odpowiedział nic tylko zaczął się śmiać i krzyknął do mnie co przed chwilą usłyszał. Ania również zaczęła się śmiać. Śmialiśmy się tak mocno, że pan od „promocyjnych” biletów śmiał się razem z nami, a później już wszyscy z kolejki. Wiecie ile kosztowały bilety w kasie? 4 rupie od osoby. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego odrzuciliśmy ofertę? 🙂

Gdy płynęliśmy promem siedziały przed nami dwie małe dziewczynki z rodzicami. Cały czas nas obserwowały, a my je. Zauważcie ich makijaż! Dzieciaczki indyjskie często są tu pomalowane… chyba nawet częściej niż dorosłe kobiety. Dlaczego? W Indiach bardzo popularne są aranżowane małżeństwa. Już od małego rodziny dziewczynek starają się zapewnić im dobrą przyszłość, dbają o to by dobrze wyglądały, zostały zauważone przez inną rodzinę, która zaproponuje ślub między ich synem a córką. W Indiach o takich sprawach myśli się od samego narodzenia dziecka.

pomalowane dzieci indie

dzieci z make-upem
Pomalowane dziewczynki w Indiach

 

Zwiedzamy Fort Kochin

Fort Kochin postanowiliśmy zwiedzić pieszo. Prawdopodobnie zrobiliśmy ponad 10 km i to w niezłym upale. Warto było poszwędać się po uliczkach i poczuć się trochę jak w Portugalii. Brudniejszej, ale za to katolickiej – widzieliśmy tu sporo kościołów, a nawet zakonnice (zalotnie machające do Czarka 😉 ).

 

Street Art w Kochin

Kochin jest sławny z tzw. biennale, czyli festiwalu artystycznego, podczas którego zjeżdżają się miejscowi oraz zagraniczni artyści i wystawiają swoje dzieła, instalacje i prezentacje. Coś w stylu Street Waves w Gdańsku. Co rusz natykaliśmy się na murale w różnych miejscach.

 

Informacje praktyczne:

  • hotel, w którym się zatrzymaliśmy nazywał się John’s Residency, znajdował się w Ernakulam i kosztował 700 rupii za pokój 2-osobowy z wiatrakiem, jednak go nie polecamy. W Fort Kochin można znaleźć lepsze hotele w podobnej cenie, a nawet niższej (ok.400 rupii);
  • z dworca kolejowego w Ernakulam do promu na Fort Kochin jest niecałe 2 km, ale trasa jest prosta;
  • prom z Ernakulam do Fort Kochin kosztuje 4 rupie i można go kupić w kasie chwilę przed wypłynięciem;
  • Fort Kochin zwiedzaliśmy pieszo, ale od razu po wyjściu z promu stoi mnóstwo riksiarzy, którzy za ok.500 rupii mogą powozić Cię pomiędzy zabytkami (ceny i trasy do ustalenia, trzeba się targować!);
  • dużo tanich restauracji jest przy miejscu z chińskimi sieciami (Chinese Fishing Rods).