Lombok czy Gili Air? – męska intuicja górą

Chaotyczne Bali sprawiło, że zapragnęliśmy posiedzieć chwilę w spokojnym miejscu, np. na plaży pod palemką. 😉 Nasi znajomi z Polski, Nina z Czarkiem, mieli niedługo wylot z sąsiedniej wyspy Lombok. Postanowiliśmy zatem jechać dalej razem. Słyszeliśmy dużo o rozsławionych przez przewodnik Lonely Planet małych wysepkach Gili, tuż przy pn.-zach. krańcu Lombok. Byliśmy również ciekawi Kuty Lombok, wioski na południu wyspy z pięknymi plażami idealnymi do surfingu. Czarek Niny z Czarkiem Ani woleli jechać na surfing do Kuty, a dziewczyny chciały zobaczyć rajskie plaże Gili. Mieliśmy 4 h na podjęcie decyzji, bo tyle właśnie płynął prom z Bali do Lombok. Ostatecznie głos dziewczyn przeważył i padło na Gili Air…

 

Droga do Gili Air…

Gdy dopłynęliśmy do miasteczka Lembar było już po zmroku. Musieliśmy dostać się do Senggigi, znaleźć tam hotel na 1 noc i z samego rana ruszyć do Bangsal, skąd odpływały promy na wysepki. Było zbyt późno by dostać się w nocy na Gili. Okazało się, że było również zbyt późno by dojechać do Senggigi publicznym transportem. Niestety w porcie Lembar rządzi mafia taksówkarska i nie mieliśmy szans wytargować dobrej ceny. Słono przepłaciliśmy za taksówkę, ale była to wtedy jedyna opcja na dotarcie do miejsca z hotelami. Kolejnego dnia dostaliśmy się do Bangsar i stamtąd popłynęliśmy do wysepek publiczną, trochę ( :D) przeładowaną łodzią.

 

Na wyspie Gili Air

Napiszemy wprost: Gili Air było dla nas rozczarowaniem. Chcieliśmy ciszy i spokoju, a trafiliśmy do kolejnego przeładowanego turystami miejsca. Plaże były wąskie i brudne, a ceny hoteli i restauracji bardzo wysokie jak na Indonezję. Woda była tak płytka, że podczas odpływu ciemnobrązowa rafa ciągnęła się nawet do 200 metrów od lądu. Ponadto wyspa była zaśmiecona! Zobaczcie te kontrasty:

Widzieliśmy dużo ładnych plaż i teraz mamy zdecydowanie większe wymagania… Na szczęście znaleźliśmy bardzo ładny, drewniany domek z wielkim tarasem, który dzieliliśmy z Niną i Czarkiem. Mogliśmy leżeć na hamaczku i leniuchować. Jednak nie chodziło o to żeby siedzieć cały czas w hotelu. Dlatego też zostaliśmy tam tylko na 2 noce i ruszyliśmy do Kuty Lombok. Chłopaki mieli rację, trzeba było od razu tam jechać… Ich męska intuicja nie zawiodła… 😉

 

Kuta Lombok

Kuta Lombok to malutka wioska położona przy oceanie otoczona pięknymi górami. Jest idealnym miejscem wypadowym na okoliczne plaże. Znana jest wśród początkujących surferów szukających dobrych, lecz nie za wysokich fal. Ma rozbudowaną infrastrukturę turystyczną, tzn. szeroki wybór hoteli czy homestay’ów (homestay – pokoje do wynajęcia w domach miejscowej ludności) oraz restauracji i warungów (warung – indonezyjskie określenie tańszych restauracji, bar mleczny). W drodze do Kuty poznaliśmy Markusa i Lucy z Wielkiej Brytanii. Gdy dotarliśmy razem do wioski, Markus znalazł bardzo ładny i tani (120 tys rupii ~ 26 zł) homestay, w którym wszyscy razem się zatrzymaliśmy. Tak wyglądały okolice naszego spotu:

A tak dalsze rejony Kuty:

Drewniany motor własnej produkcji wypatrzony gdzieś przed sklepem:

Tak wyglądają stacje benzynowe w indonezyjskich wioskach:

Przy zachodniej stronie plaży mieszkali rybacy, którzy malowali swoje łodzie na pastelowe kolory:

Przy wschodniej stronie plaży wyrósł w wodzie ciekawie wyglądający las namorzynowy. Te wystające „kolce” to korzenie odsłonięte podczas odpływu.

Tuż przed zachodem słońca, podczas największego odpływu, miejscowi wychodzą na plażę i zbierają kraby.

Najlepszym miejscem do surfingu była plaża Selong Belanak, oddalona 20 km na zachód od Kuty. Bez problemu można było do niej dotrzeć na skuterze.

Wynajęcie skuteru kosztowało zaledwie 15 zł za cały dzień, a litr paliwa niecałe 2,5 zł, więc postanowiliśmy spędzić kilka dni na zwiedzaniu okolicy właśnie tym środkiem transportu. Na wschód od Kuty znajduje się przepiękna plaża Tanjung Aan.

Trafiliśmy również na mały półwysep z cudownymi widokami:

Po dotarciu na jego koniec odnaleźliśmy skalistą plażę, poczuliśmy się przez chwilę jak w Portugalii w Algarve. 😉

Kręcąc się po wybrzeżu odnaleźliśmy też hodowlę homarów! 🙂

 

17 lipca 2015 pożegnaliśmy się z Niną i Czarkiem. Zostaliśmy w Kucie jeszcze chwilę dłużej i 19 lipca wróciliśmy na Bali. Wcale nie było tak łatwo wyjechać z Kuty. Jedyny transport publiczny to bemo (bemo – publiczny busik), ale trafiliśmy akurat na święto Eid al-Fitr, czyli koniec ramadanu, więc nic nie jeździło. Owszem, kilkanaście agencji turystycznych proponuje podwózkę do Lembar, ale za nieproporcjonalnie duże pieniądze. Co robimy w takiej sytuacji? Idziemy łapać stopa. 🙂 Kolejny raz podczas naszej podróży stop złapał się sam! Szliśmy do głównej drogi i zagadał nas mężczyzna. Spytał się dokąd idziemy z plecakami. Powiedzieliśmy mu wszystko, a on na to: wskakujcie do jeepa, jadę do Mataram! Mataram jest bardzo blisko Lembar, stamtąd bez problemu można się dostać na prom. Autostop w Indonezji jest płatny. Miejscowi zawsze oczekują jakiejś zapłaty, ale mężczyzna powiedział, że możemy mu dać ile uważamy. Mężczyzna miał na imię Ketut i okazało się, że jest policjantem wracającym z nocnej służby. Tak nam się dobrze rozmawiało, że zaproponował nam podwózkę do samego Lembar.

 

Kolejny raz znaleźliśmy się na promie między Lombok i Bali i czekało nas 4 h drogi. Co tu robić na promie przez tyle czasu? Można zbierać siły na dalszą część trasy do Ubud. 😉

 
Więcej postów o naszej podróży po Indonezji znajdziesz tu: Opowieści o Indonezji