Ubud, czyli Bali inne niż myślisz

Pierwsza skojarzenie z Bali? Cudowne, rajskie plaże, esencja egzotyki. A wcale, że nie. 🙂 Plaże są przeludnione i ładniejsze można znaleźć gdzie indziej w Indonezji. Dlatego też od razu po przylocie na wyspę skierowaliśmy się w głąb lądu, do Ubud – miasta artystów słynącego ze swej przepięknej architektury. Nie było jednak łatwo tam dotrzeć. Tłumy turystów ciągnących na Bali po przeczytaniu słynnej książki „Jedz, módl się i kochaj” sprawiły, że miejscowi traktują cię jak chodzący bankomat i próbują wyciągnąć z ciebie każdy „grosz” ( w Indonezji: rupię 😉 ).

 

Złe dobrego początki

Wylądowaliśmy na lotnisku w Denpasar, największym mieście na wyspie. Gdy tylko wyszliśmy do głównego holu terminalu, wszyscy taksówkarze dosłownie rzucili się na nas. Każdy pytał się dokąd jedziemy, rzucał nazwami miejscowości i stwierdzał, że to właśnie on nas zawiezie za najniższą cenę… Łapali nas za ręce, szli za nami, a jak nie reagowaliśmy na ich pytania i szliśmy przed siebie to wcale się nie zniechęcali. Lepiej, byli pewni, że przyjęliśmy ich ofertę i prowadzili do auta. Ich oferty były kosmiczne. 350 tys rupii do Ubud, czyli tak jakby w Polsce 300 zł za 37 km. Ceny nie dla nas. Podróżujemy przecież niskobudżetowo, więc zabraliśmy się do szukania lokalnego transportu. Podobno z lotniska do miasta można dojechać busikiem, tzw. bemo albo ewentualnie autobusem miejskim. Informacji turystycznej jednak na lotnisku nie było, a ochroniarze i sklepikarze zapytani o tranport publiczny odsyłali nas do taksówek. Zgrana ekipa, nie ma co… Krążyliśmy po okolicach, ale żadnego przystanku nie znaleźliśmy. Na dodatek zapomnieliśmy ściągnąć mapy offline na telefon i nawet nie wiedzieliśmy w którym kierunku jest miasto. Wyszliśmy do autostrady, przeszliśmy na drugą stronę (biorąc przykład z miejscowych) i zatrzymaliśmy turystów na skuterach. Nie mieli pojęcia gdzie jest przystanek, ale przynajmniej pokazali nam którędy do Denpasar... Przeszliśmy około 2 km poboczem autostrady. Co chwilę zatrzymywały się dla nas prywatne auta nagle magicznie zmieniające się w taxi i proponujące podwózkę w „special price, my friend”, czyli od pół miliona rupii w górę… W końcu zobaczyliśmy skręt do miasteczka Kuta. Mieliśmy w głowie obraz mapy i Kuta była po drodze do Denpasar, więc pocieszyliśmy się, że dobrze idziemy. Gdy stanęliśmy pod jakąś restauracją próbując złapać otwarte wifi, zainteresowało się nami dwóch chłopaków. Wyjaśniliśmy im, że szukamy przystanku autobusowego i pokierowali nas w jego stronę. Nareszcie ktoś nam szczerze pomógł! Po kolejnych 15 minutach marszu wreszcie odnaleźliśmy transport publiczny! Za 3,5 tys rupii (ok. 1.2 zł) dojechaliśmy do terminalu Batubulan. Stąd miały odjeżdżać publiczne busiki do Ubud. Problem był taki, że wszystkie publiczne busiki stały się nagle (specjalnie dla nas, turystów) transportem prywatnym z wygórowanymi cenami. Mieliśmy serdecznie dość wszystkich naciągaczy spotkanych przez te kilka godzin w Indonezji i zaczęliśmy po prostu iść z plecakami w stronę Ubud. Jeden z kierowców chyba się trochę opamiętał, pomyślał, że straci klientów jeśli nie obniży ceny i zaproponował 20 tys od osoby (~6 zł). Dużo jak na Indonezję za odcinek 11 km, ale chcieliśmy się w końcu dostać do hotelu i odpocząć od tego chaosu. Wsiedliśmy do bemo i po kilkudziesięciu minutach byliśmy w Ubud…

 

Ubud – esencja Bali

Tak właśnie przywitała nas Indonezja. Po tych kilku godzinach byliśmy niemalże przekonani, że nie polubimy tego kraju… Jednak gdy zobaczyliśmy zabudowę w Ubud, jego wszystkie uliczki, gdy usiedliśmy w cichym ogrodzie hotelu i nareszcie nie musieliśmy słuchać krzyków naganiaczy, stwierdziliśmy, że dajemy Indonezji drugą szansę. Zapominamy o złym początku i od teraz szukamy plusów. Na dodatek, nasza znajoma Nina ( z którą widzieliśmy się wcześniej w Singapurze – Singapur, czyli krótka wizyta w Mieście Lwa ) napisała niespodziewanie, że następnego dnia również będzie w Ubud! Ok, lecąc do Indonezji wiedzieliśmy, że Nina z Czarkiem tu będą, ale nie mieliśmy pojęcia, że spotkamy się tak szybko, dzień po naszym przylocie! Nazajutrz poszwędaliśmy się trochę po mieście, a gdy wróciliśmy Nina czekała już na nas w hotelu. Później już razem zwiedzaliśmy miasto.

Tak jak już wspomnieliśmy, Ubud jest bardzo artystycznym miejscem. Znajduje się tam mnóstwo sklepów z rzeźbami i galerii. Większość mieszkańców zajmuje się malarstwem, rzeźbiarstwem, tańcem lub muzyką. Jest to ich źródło utrzymania, a zarazem pasja. Cała zabudowa Ubud jest unikalna i charakterystyczna dla tego miejsca. Bali (a szczególnie Ubud) jest w większości zamieszkane przez wyznawców hinduizmu. Prawie wszystkie domy i hotele wyglądają jak świątynie (i rzeczywiście większość z nich ma takową w środku). Wchodzi się do nich przez bramę by później znaleźć się w ogrodzie ozdobionym rzeźbami, fontannami, egzotycznymi kwiatami. W ogrodach są alejki i miejsca na odpoczynek. Nigdzie wcześniej nie widzieliśmy tak przepięknych budynków! Poniżej przykładowe zdjęcia domów i świątyń. I jak tu odgadnąć które to które? 😉

 

Na każdej uliczce można było wypatrzeć jakieś ciekawe rzeźby czy figurki.

 

I dzieciaczki obserwujące nas ukradkiem. 🙂

 

Przed każdym domem na Bali codziennie o poranku zostawiane są dary dla bogów. Jest to jedzenie (zazwyczaj ryż) zawinięte w liście bananowca oraz kwiaty.

 

Ulice ozdobione były wysokimi tyczkami z bambusa, nazywanymi na Bali penjor. Są tak wysokie żeby bogowie mieszkający na Górze Agung mogli je dojrzeć z daleka.

 

Balijska kobieta w tradycyjnym stroju ze swoim pieskiem.

 

Przepiękne, rzeźbione w drewnie drzwi do jednego z hoteli:

 

Ulice Ubud były pełne małych bazarków z pamiątkami:

 

Pola ryżowe?!

Niestety trafiliśmy na Bali, gdy pola ryżowe nie wyglądały zjawiskowo. Ryż w większości miejsc był dopiero co posadzony. Zamiast zielonych tarasów ryżowych zobaczyliśmy brunatną wodę… :/ Tu kilka zielonych pól, które przypadkiem udało nam się wyszukać:

Więcej opowieści z naszej podróży po Indonezji znajdziesz tutaj: Opowieści z Indonezji