Japonia rowerem – dzienniki z trasy, cz.1

Japonię przejechaliśmy na rowerach. W 3 tygodnie z Kioto do Tokio. Ponad 800 km, okrężną drogą – żeby zbyt szybko nie dotrzeć do celu i móc zawitać w miejsca spoza turystycznych szlaków. Nasze notatki z trasy i zdjęcia podzieliliśmy na 5 części. Dzisiaj część 1, czyli o tym co działo się między bambusowym lasem w Kioto a kempingiem Ayukawaenchi na wybrzeżu w Prefekturze Fukui, trasa zaznaczona na zielono:

 

Japonia rowerem
Kyoto – kemping Ayukawaenchi

 

 

Dzień 1 (20/09/2015) Kioto (Arashiyama) ->Katata

Mamy rowery! 😀 Dzisiaj, w 200. dzień naszej podróży dookoła świata, ruszyliśmy w stronę Tokio. Przed nami ponad 800 km do przejechania, czyli więcej niż z Gdańska do… Pragi! :O Z Kyoto jedziemy na północ wzdłuż największego jeziora Japonii, Biwa. Później ruszymy na wschód wzdłuż wybrzeża, a w Toyama odbijemy na południe do Takayama. Następnie wjedziemy do Alp Japońskich. Tam będzie hardcore! Tam pewnie będziemy płakać na podjazdach! Po Alpach skierujemy się w stronę Matsumoto i w dół do Mt.Fuji. Jeśli nam się poszczęści z pogodą, to wejdziemy na jego szczyt. Spod wulkanu to już rzut beretem do Tokio. Taki jest plan, ale nie wykluczamy, że trasa się zmieni.

Ostatnie dni spędziliśmy w Kioto na poszukiwaniu naszych nowych dwóch kółek. O ile rowery znaleźliśmy w miarę szybko (pierwszego dnia), to kompletowanie całego sprzętu zajęło kupę czasu. Jeździliśmy po całym Kioto od rana do wieczora przez 3 dni żeby znaleźć coś, co mogłoby zastąpić nam profesjonalne sakwy (które kosztują krocie). Ostatecznie stanęło na tym, że kupiliśmy pudełko na narzędzia i campingowe torby termiczne, które przymocowaliśmy do bagażników. Za przednie sakwy będą nam służyły odpięte, górne części plecaków. Plecaki owinęliśmy szczelnie śmieciówkami i będziemy je dźwigać do końca rowerowej wyprawy (później znowu będziemy ich używać, więc nie mogliśmy ich odesłać). Dokupiliśmy sobie jeszcze światełka tylne (przednich nie mamy – będziemy wieczorami używać czołówek), dzwonek, bagażniki. Kaski nie są obowiązkowe, będziemy jechać po mało uczęszczanych drogach, więc sobie je darowaliśmy.

Jak widzicie nie jesteśmy „pro”, ale za to możemy być przykładem powiedzenia „chcieć to móc”. 😀 Nie mogliśmy sobie pozwolić na wydanie fortuny, bo cały przejazd będzie trwał ok. 3 tygodnie (z postojami na treki). Później, w Tokio wszystkiego musimy się pozbyć.

Rowerowa telenowela, czas, start!

 

Dzień 2 (21/09/2015) Katata -> kemping na północy Jeziora Biwa

Dotarliśmy na północny kraniec J.Biwa. W Japonii spanie na dziko jest dozwolone, ale musieliśmy znaleźć kemping żeby podładować sprzęt przez co zamiast planowanych 50 km zrobiliśmy ponad 60. Sprawdziliśmy 3 kempingi i każdy z nich miał bardzo wysokie ceny – 7 tys. jenów (210 zł) za noc!! Trochę za dużo za kawałek ziemi na kilka godzin… Nie poddaliśmy się jednak i jechaliśmy dalej aż trafiliśmy na dobrą, tanią miejscówkę nad samym jeziorem. Po rozłożeniu namiotu i naprawieniu roweru (pokrzywione koło) zostaliśmy zaproszeni na kolację przez sympatyczne, japońskie małżeństwo. Mogliśmy popróbować prawdziwego, japońskiego BBQ oraz napić się dobrego piwka i sake.

Jutro rano jedziemy już na wybrzeże. Czeka nas trudny przejazd przez góry… ale za to później będzie dłuuugi zjazd do Tsaruga. Jak zwykle nie wiemy gdzie będziemy spać kolejną noc, może na plaży. 😀

 

Dzień 3&4 (22-23/09/2015)

kemping na północy Jeziora Biwa -> Kono -> Ayukawaenchi

Ostatnie 2 dni poszły całkiem gładko! 🙂 Jedziemy sobie wzdłuż wybrzeża przy Echizen. Ludzie nas zagadują po japońsku, a my im odpowiadamy po polsku, bo i tak nikt nas tu nie zrozumie po angielsku, a przynajmniej jest im miło, że odpowiadamy. 😉 W sklepach (jeden na 20 km) nie wiemy co kupować, bo nie rozumiemy napisów. Pewnie nawet jakbyśmy wiedzieli co to, to nie mielibyśmy pojęcia jak i z czym się je.;) Parę razy zaryzykowaliśmy i skończyło się na tym, że pół porcji poszło do kosza, bo nie mogliśmy tego przełknąć. Dla bezpieczeństwa kupujemy teraz tylko rzeczy oczywiste, tzn. bułki, jogurty, tofu, ryż itp. Ratują nas też przydrożne automaty z napojami (w tym z gorącą kawką!), które są dosłownie wszędzie. Poza tymi z piciem widzieliśmy też inne różne dziwaczne automaty: z piwem, sake, bateriami, lodami, chipsami, papierosami, a nawet z jajkami. 😀

Generalnie całe wybrzeże jest mało turystyczne. Praktycznie nie widzimy hoteli. Jak już, to jakieś opuszczone, a miasteczka są wymarłe, wyglądają jak po jakiejś epidemii. Mijamy trochę portów rybackich. Widzieliśmy też dziesiątki wodospadów i świątyń oraz setki tuneli. Te ostanie trochę komplikują nam trasę, bo musimy przed każdym się zatrzymywać żeby ustawić lampki. Czasami nawet nie możemy nimi przejechać, bo są za długie i rowerzyści mają zakaz przejazdu. Musimy wtedy kombinować i szukać alternatywnej trasy.

Jutro wjeżdżamy w bardziej ruchliwe rejony. Kierunek Komatsu!

 

Część drugą naszych dzienników rowerowych z Japonii znajdziecie tutaj:

Japonia rowerem – dzienniki z podróży, cz.2