Lambir Hills – nasz pierwszy trekking po lesie deszczowym

Po ponad tygodniu spędzonym w wielkich i bogatych azjatyckich metropoliach nadszedł czas na zupełnie inne widoki i doświadczenia. Z okien samolotu zobaczyliśmy niekończące się połacie lasów deszczowych porozcinane jedynie serpentynami rzek w kolorze kawy z mlekiem i wystającymi gdzieniegdzie górskimi szczytami. Przylecieliśmy na Borneo znanego głównie z dzikiej przyrody. Na pierwsze bliskie spotkanie z lasem równikowym wybraliśmy Park Narodowy Lambir Hills.

Na lotnisku w Miri zostaliśmy złapani przez wielką ulewę. Powietrze było inne niż gdziekolwiek indziej – gęste, gorące i wilgotne. Nasze ubrania wciągu kilku minut stały się całe mokre i lepkie, choć wcale nie wystawialiśmy się na deszcz. Złapaliśmy taksówkę do centrum i znaleźliśmy hotel. Przylecieliśmy tu nie mając konkretnego planu. Wiedzieliśmy tylko, że chcemy zrobić parę trekkingów po dżungli, zobaczyć góry i orangutany, ewentualnie posiedzieć na jakiejś wysepce na plaży przez tydzień, ale gdzie, kiedy, co i jak – nie mieliśmy jeszcze pojęcia. Dlatego też zatrzymaliśmy się w Miri na kilka dni żeby przygotować się na dłuższe trekkingi i wybrać konkretne miejsca, które warto odwiedzić.

 

Jak dojechać do Lambir Hills?

Znajduje się on zaledwie 30 km na południe od Miri i można tam dojechać państwowym transportem. Co prawda nie ma żadnych bezpośrednich autobusów, ale wszystkie pojazdy jadące na południe przejeżdżają obok parku i wystarczy poprosić kierowcę o dodatkowy przystanek. Minus jest tylko taki, że bilet trzeba kupić aż do miasta Niah, a wysiada się 70 km wcześniej… Nie jest to jednak jakaś zawrotna suma – 10 zł od osoby, więc tylko trochę marudząc pod nosem wsiedliśmy do autobusu.

 

Dwie różne ceny do parku

Spodziewaliśmy się gromadki turystów, ponieważ jest to jeden z niewielu tak łatwo dostępnych parków w okolicach Miri. Jednak zastaliśmy tam wielkie pustki. Jeden człowiek w biurze, dwie osoby w kasie biletowej.

Dziwne zwyczaje panują w całej Azji. Zagraniczny turysta zawsze płaci min. 2 razy więcej za wejście do wszystkich atrakcji. Po prawie 4 miesiącach podróży jeszcze nie zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego typu otwartej dyskryminacji… Dlatego też powiedzieliśmy pani w kasie, że nie podoba nam się takie podejście. Kasjerka była pierwszą osobą, która szczerze zawstydziła się nierównego traktowania „białych turystów” i sprzedała nam wejściówki dla inwalidów ( 😮 ) tylko za dyszkę od głowy, czyli tyle, ile zapłaciłby Malezyjczyk. Nie wiemy jednak dlaczego w ogóle istnieją tam bilety dla inwalidów, gdyż ścieżki nie są absolutnie dla nich przystosowane.

 

Szlaki w Lambir Hills

Poniżej możecie zobaczyć plan tras po parku. Skierowaliśmy się najpierw do Wodospadu Latak, później zawróciliśmy i poszliśmy do domku na drzewie, następnie odbiliśmy do wodospadu Nibong żeby wrócić do siedziby leśniczych trasą Inove. W sumie zrobiliśmy tylko około 5 km w ciągu 3h, ale ścieżka często wiodła pionowo w górę, a później w dół. Poza tym padało, a my byliśmy atakowani przez pijawki… Lepiły się do butów, a potem wślizgiwały szybko pod spodnie. Ohyda! Nie wzięliśmy ze sobą limonki i musieliśmy sami wyrywać je ze skóry… (Po skropieniu pijawek sokiem z cytryny same się odczepiają.)

trekking las deszczowy
Lambir Hills – mapka

 

 

lambir hills borneo
Wejście do parku
lambir hills na borneo
Pierwszy wodospad
lambir hills wodospady
DC nad wodospadem Latak 🙂

 

miri atrakcje
Wodospad Latak
wodospady azja
Wodospad Nibong

 

Prawdziwa dżungla

(Aktualizacja: Dżungla w Lambir Hills była najładniejszą i najdzikszą (!) jaką widzieliśmy podczas naszego pobytu na Borneo.)

Takie widoki mieliśmy cały czas! Prawdziwy, gęsty i mroczny las deszczowy, mosty linowe, brunatne rzeki, ogromne drzewa dipterocarpus i egzotyczne rośliny. 🙂 (można kliknąć, aby powiększyć zdjęcia)

 

Powrót autobusem?

Kupując bilet w pierwszą stronę zostaliśmy poinformowani, że autobusów powrotnych będzie całe mnóstwo i wystarczy tylko pomachać ręką, a kierowca zatrzyma się specjalnie dla nas. Jednak wszystkie autobusy miały nas gdzieś i przez pół godziny żaden nie stanął. Już mieliśmy zacząć łapać stopa, a jeden samochód sam się dla nas zatrzymał. Z auta wyjrzała Malajka i z uśmiechem zaproponowała podwózkę do centrum Miri. 🙂