Mulu, część pierwsza – ludzie i dżungla

Mulu to maleńka osada w środku lasu deszczowego, przy której znajduje się Park Narodowy. Nie prowadzą tam żadne drogi, musieliśmy dolecieć tam samolotem. Lot awionetką z Miri do Mulu trwał zaledwie 25 minut i pozwolił nam zaoszczedzić 3 dni – jeśli płynęlibyśmy łodziami w górę rzeki i spali u miejscowych, lub ok. 2 tygodni – gdybyśmy zdecydowali się na trek z przewodnikiem przez dżunglę.

 

Wylądowaliśmy na maleńkim lotnisku między dwiema górami i gęstą dżunglą. Z płyty lotniskowej wychodziło się do pomieszczenia, w którym ekipa z samolotu wykładała nasze bagaże na taśmę z rolkami (statyczną, a nie ruchomą, jak to zwykle bywa na lotniskach). W samolocie, oprócz bagaży pasażerów, znajdowały się również produkty żywnościowe dla mieszkańców, np. jajka, ryż, soki, niektóre warzywa. Ktoś przewoził koło, ktoś inny telewizor… Mulu jest tak odcięte od świata, że zakupy robi się najczęściej raz w miesiącu, kiedy to jeden wysłannik rodziny leci lub też płynie do miasta po wielkie zapasy. Niektórzy szczęściarze mają krewnych w Miri, Kuching lub Kota Kinabalu, którzy wysyłają im paczki z żywnością. Oczywiście samolotem – bo inaczej poczta tu nie dociera. Co prawda w wiosce jest jeden sklep, ale z niewielkim wyborem produktów i mocno zawyżonymi cenami.

Wyszliśmy na zewnątrz budynku i zobaczyliśmy znak wskazujący kierunek do siedziby strażników parku narodowego, tzw. Headquaters. Skręciliśmy zatem w prawo i powoli szliśmy przez wioskę. Całe Mulu to zaledwie jedna, 4-kilometrowa droga z jedną, 500-metrową odnogą do siedziby parku. Domów jest garstka. Właściwie to szliśmy polami, które jeszcze do niedawna były gęsto porośnięte lasem, a co kilkaset metrów widzieliśmy drewniane domy na palach.

Jedyne hotele opisywane w internecie to państwowe domki przy wejściu do parku oraz luksusowy hotel Marriott ( kiedyś był to Royal Mulu Resort, ale został wykupiony). Podobno do transportu sprzętu i materiałów budowlanych podczas jego budowy używano wielkich barek pływających aż z wybrzeża. Nie była to łatwa inwestycja ze względu na położenie i pochłonęła ogromne ilości pieniędzy (wg mieszkańców było to ponad 5 milionów ringittów, czyli ok. 5 mln złotych). Dlatego zakwaterowanie o tak wysokim standardzie właśnie w tym odciętym od świata miejscu słono kosztuje.

Kolejny raz przyjechaliśmy gdzieś i nie wiedzieliśmy jeszcze gdzie będziemy spać przez kolejne 8 nocy (bilet powrotny kupiliśmy z wyprzedzeniem). Nie chcieliśmy przepłacać, więc stwierdziliśmy, że najlepszą dla nas opcją będą noclegi u miejscowej ludności. Wiedzieliśmy, że w Mulu jest przewaga katolików ( a nie tak jak wszędzie indziej w Malezji, muzułmanów), więc zrobiliśmy „chwyt” na Polskę i Jana Pawła II. Chodziliśmy od domu do domu, mówiliśmy z jakiego kraju pochodzimy i szukamy taniego zakwaterowania. Po dobrych 3 godzinach spośród paru ofert wybraliśmy dom Pana Alberta. Jeden z niewielu murowanych w wiosce, co za szpan. 😀 Woda w kranach deszczówka i tylko zimna, prąd w godzinach 18-22, oczywiście brak internetu, zasięgu sieci komórkowych, łazienka na korytarzu, w pokoju tylko łóżko i stół, ale było bardzo czysto, 10 razy taniej, 5 minut od parku, a Pan Albert był przemiłym człowiekiem. Zresztą będąc w Mulu, daleko od cywilizacji, nie można więcej wymagać. Także przez kolejne dni żyliśmy jak miejscowi. Cieszyliśmy się również, że zabraliśmy ze sobą w podróż filtr do oczyszczania wody, tzw. life straw, gdyż mogliśmy pić deszczówkę bez obawy o nasze zdrowie. Nawet polubiliśmy takie odizolowanie i spartańskie warunki. Byliśmy tylko my, niekończące się lasy równikowe i wielkie jaskinie. Taki mieliśmy widok z okna:

Mieszkańcy Mulu

Głównymi jej mieszkańcami są osoby z plemienia Berawan. W całym Borneo zostało ich tylko 1000! Oryginalnie byli nomadami-łowcami żyjącymi w lesie. Osiedlali się na kilka miesięcy w jednym miejscu, a gdy kończyły się w okolicy możliwości pozyskiwania jedzenia i ziemia jałowiała, przenosili się w inne miejsce. Jednak kilkadzesiąt lat temu dotarli do nich misjonarze i pokazali im, że osiedlenie się w jednym miejscu ma wiele zalet. Dzisiaj większość z nich zatrudnionych jest w Parku Narodowym jako przewodnicy, sternicy czy obsługa hoteli. Na zdjęciu poniżej Czarek z tradycyjną tarczą plemienia wykonaną przez Pana Alberta.

 

Przy Mulu znajduje się osada Batu Bungan, którą zamieszkuje plemię Penan. Podobnie jak Berawan byli do niedawna nomadami. W latach 70-tych zaczęli osiedlać się na dłużej w jednym miejscu, choć do tej pory jeszcze ponad 200 osób z plemienia żyje gdzieś w środku dżungli, bez dostępu do cywilizacji. Organizacja z Niemiec wybudowała dla nich longhouse (tradycyjny, długi dom). Nowiusi, murowany dom stoi jednak pusty, bo plemię stwierdziło, że woli swoje, rozlatujące się, drewniane domy, a w tym murowanym jest za ciepło w nocy…

 

Dżungla

Codziennie chodziliśmy na spacery po lesie deszczowym. Co chwilę się zatrzymywaliśmy, bo odkrywaliśmy przeróżne rośliny i zwierzęta.

 

A tutaj nasz ulubiony żuczek, który po dotknięciu zwijał się w kulkę (i wyglądał jak Pokemon 😀 ).

 

 

Udaliśmy się też na sam koniec asfaltowej drogi – żeby sprawdzić czy oby na pewno nie można tu jakoś dojechać. Nie można! Koniec drogi i dalej tylko gęsta dżungla.

 

Wybraliśmy się również na 7 – kilometrowy trekking, tzw. Paku Valley Loop, prowadzący m.in. do wodospadu Paku.

 

To tu, na Paku Loop, Ania nie zauważyła węża, który leżał na ścieżce i przeszła nad nim! Miał brunatny kolor, zlewał się z podłożem i trudno było go zobaczyć. Czarek szedł drugi i rzuciła mu się w oczy brązowa serpentynka – wąż skręcił się i szykował do ataku Ani nogi. Całe szczęście, że nic się nie stało…

 

Drugie spotkanie z wężem (już trochę większym) i wyprawy do jaskiń Mulu w następnej części opowieści o Mulu:

Mulu, część druga – jaskinie